UBRANIE
Zesłańcy z Polski trafili do rejonów o trudnych warunkach klimatycznych, gdzie przez większą część roku nieodzowna była ciepła odzież. Brak odpowiednich ubrań stał się jednym z podstawowych czynników niezwykle utrudniających codzienne bytowanie. Deportacje miały miejsce w różnych porach roku, a także w różniących się nieco okolicznościach, co nie pozostało bez wpływu na zaopatrzenie zesłańców w ubrania, bieliznę i obuwie. Pierwsza wywózka przypadła na pełnię zimy, w związku z czym w bagażu deportowanych dominowały zimowe ubrania i obuwie oraz ciepła bielizna, ale rychło okazało się, iż odzież ta nie odpowiadała mimo wszystko warunkom klimatycznym, w jakich się znaleźli, nie mówiąc już o jej przydatności do pracy. Szczególnie jaskrawo było to widoczne w przypadku obuwia. Całkowicie niemal brakowało natomiast tym ludziom odzieży i bielizny letniej. Natomiast deportowani w czerwcu, będący uciekinierami z centralnej i zachodniej Polski w ogóle nie dysponowali większymi zasobami odzieżowymi, na ogół posiadali tylko odzież przejściową i letnią, a bogatsi także skądinąd cenne futra, nieprzydatne jednak w tajdze. Jednak nawet relatywnie duże zasoby odzieży nie rozwiązywały problemu, bowiem to, w czym chodzono w Polsce w małym stopniu odpowiadało warunkom na zesłaniu, zwłaszcza zimą. Olbrzymim problemem był brak stosownej odzieży roboczej. Specjalnym przesiedleńcom, w większości skierowanym do prac leśnych, na początku niemal w ogóle takich ubrań nie wydano. Ich własne ubrania były zaś nieprzydatne i szybko ulegały zniszczeniu. W jednym z pamiętników czytamy: "Te ubrania noszone w Polsce nie nadawały się tutaj - płaszcze, kurtki podszyte wiatrem, półbuty i trzewiki w tym kopnym śniegu czy czapki kaszkietówki i kapelusze to było nieprzydatne, krępowało ruchy i nie zabezpieczało przed dotkliwym zimnem. Rękawiczki te z Polski po tygodniu były w strzępach. Tak więc ludzie przeziębiali się, odmrażali sobie ręce, nogi i nosy. Walonki lekkie i ciepłe to było jedyne obuwie w tym klimacie. Watowane spodnie i kurtki oraz czapki uszanki i grube rękawice robocze były dla Polaków tylko marzeniem. Wprawdzie komendant obiecywał, że jak ktoś wyrobi normę i będzie miał pieniądze, to będzie mógł kupić takie ubranie, ale jak na razie było to nieosiągalne". Przydział odzieży roboczej stawał się w rękach komendantów specjalnych osiedli instrumentem wymuszania na zesłańcach wyższej wydajności w pracy. Zaopatrzenie w odzież i obuwie było przy tym polem nadużyć, zakrojonych na wielką skalę.
Przed mrozem zabezpieczano się najczęściej poprzez nakładanie na siebie w kilku warstwach ciepłych ubrań, czasem wszystkich, jakie posiadano. Jednakże największym problemem było zaopatrzenie się w odpowiednie obuwie. Najczęściej nieziszczalnym marzeniem były filcowe walonki, zatem starano się kupować lub samemu robić różnego rodzaju łapcie, jakich niekiedy używała miejscowa ludność. Sytuacja nieco poprawiła się dopiero w drugim sezonie zimowym, kiedy władze radzieckie zapewniły większe dostawy walonek, watowanych spodni i kurtek, czapek i grubych rękawic roboczych, choć wtedy z kolei niemal na wyczerpaniu były już własne zasoby zesłańców. Brak zapasowej odzieży powodował, iż chodzono cały czas w tych samych rzeczach. Nie były one poddawane zabiegom dezynsekcyjnym, a przy niedostatku mydła gospodarczego, które zastępowano ługiem z popiołu drzewnego, rzadko też były solidnie prane. Nic zatem dziwnego, że w większości osad pojawiła się wszawica.
|