Mapa strony


DEPORTACJE
Z ZIEM POLSKICH DO ZSRR 1940-1941
LOSY POLAKÓW
W GŁĘBI ZSRR


Deportacje 1940-1941

Stan badań

Przebieg deportacji

Liczba deportowanych

Narodowość deportowanych

Status deportowanych

Rozmieszczenie zesłanych

Straty

Charakterystyka deportacji

W spiecposiołkach

Deportacje

Mieszkanie  

Ubranie

Wyżywienie

Praca

Tzw. amnestia

Egzystencja w ZSRR

Wyżywienie

Ubranie

Zakwaterowanie

Syberia w oczach Polaków

W Kazachstanie

Z Ukrainy w 1936 r.

Deportowani 1940-1941


Strona główna

Historia Rosji i ZSRR

Konflikt rosyjsko-czeczeński

System represji w ZSRR

Masowe deportacje w ZSRR

Deportacje Polaków do ZSRR

Polacy w Kazachstanie

Wschodnie losy Polaków

Kresy Wschodnie

Przesiedlenia Polaków z ZSRR

Dzieje myśli politycznej

Z najnowszych dziejów Polski

Z dziejów Wrocławia


Moje publikacje



MIESZKANIE



Za przygotowanie miejsc zakwaterowania dla specjalnych przesiedleńców odpowiedzialne były instytucje, które ich miały zatrudnić, a więc głównie przedsiębiorstwa gospodarki leśnej. Zgodnie z poleceniami rządu radzieckiego kierowac się przy tym miano normami właściwymi dla zakwaterowania pracowników wolnonajemnych: każda rodzina miała otrzymać odrębną izbę lub wydzielone miejsce w baraku, tak aby na jedną osobę przypadało co najmniej 3 metry kwadratowe powierzchni mieszkalnej. Zarówno pamiętniki zesłańców, jak i urzędowe sprawozdania NKWD są zgodne, że we wszystkich częściach ZSRR rozmieszczanie i zakwaterowanie "osadników", a potem "bieżeńców" przebiegało ze wielkimi trudnościami, które odbijały się przede wszystkim na położeniu zesłańców. Nigdzie nie udało się zapewnić minimalnego przydziału powierzchni mieszkalnej na osobę, nie mówiąc już o osobnych pomieszczeniach dla rodzin. Alarmujące meldunki docierające do Berii, Stalina i Mołotowa spowodowały, że latem 1940 r. zapadły decyzje o budowie - głównie rękami samych zesłańców - nowych obiektów mieszkalnych, co przyniosło niewielkie wprawdzie, ale odczuwalne w wielu miejscach poprawienie sytuacji. Bałagan, nieprzygotowanie odpowiednich pomieszczeń mieszkalnych, brak odzieży roboczej i narzędzi, niemożność zapewnienia pracy, trudności z zaopatrzeniem w podstawowe artykuły spożywcze, indolencja i nieumiejętność wykorzystania siły roboczej "osadników" były zjawiskiem powszechnym, a pogłębiło tę sytuację skierowanie w znacznej mierze do tych samych obwodów, choc w inne miejsca, "bieżeńców". Sprawozdania NKWD z jesieni 1940 r. kierowane pod adresem najwyższych władz wskazywały, że mimo upływu kilku miesięcy nie potrafiono poradzić sobie z zakwaterowaniem deportowanych. Mieszkali oni - jeśli można ten stan rzeczy tak w ogóle nazwać - nie tylko w prymitywnych i przeludnionych barakach, ale w suszarniach, magazynach, szopach, w których przeciekały dachy, brakowało szyb w oknach, pieców, nie mówiąc już o najprostszych meblach.

Wiele z decyzji podejmowanych na najwyższym szczeblu pozostawało jednak na papierze. Wynikało to nie tylko z braku materiałów, ale również z tego, iż już od września dla wszystkich przedsiębiorstw leśnych sprawą najistotniejszą były przygotowania do zimowego sezonu prac leśnych, nie zaś zajmowanie się skądinąd dramatycznym położeniem przymusowych robotników.

Chaos panujący w miejscach osiedlenia deportowanych nie tylko nie pozwolił na zapewnienie odpowiednich warunków życia zesłańcom, ale uniemożliwił również zatrudnienie wszystkich "zdolnych do pracy". W III kwartale 1940 r. zatrudnionych było 78,8% "bieżeńców" i 86,4% "osadników" uznanych za zdolnych do pracy. Najgorsza pod tym względem sytuacja panowała w obwodach archangielskim i swierdłowskim. Przyczyny niepełnego wykorzystania siły roboczej były dość prozaicznej niemniej istotnej natury - brakowało właściwie wszystkiego: narzędzi, pił, toporów, ciepłej odzieży, a przede wszystkim obuwia.

Średnie zarobki miesięczne wahały się od 50 do 220 rubli miesięcznie. Wyższe były one w przypadku nawykłych do ciężkiej pracy mieszkańców wsi, niższe - nawet dwukrotnie wśród "bieżeńców". Zdarzały się jednak i zarobki wynoszące 81 kopiejek dziennie. Przy cenie chleba wynoszącej 90 do 1,10 rb nie wystarczały nawet na przeżycie jednej osoby, a tym bardziej zesłańców obarczonych rodziną.

Tragiczny wręcz był stan sanitarny w specjalnych osiedlach. Tam, gdzie punkty medyczne nawet zorganizowano, nie miały one odpowiedniego wyposażenia - choćby lamp naftowych - oraz podstawowych leków. Brak środków do mycia i prania odzieży, ekstremalne warunki mieszkaniowe, ostry klimat, wyczerpująca praca, niedostateczne wyżywienie wpływały na pogorszenie stanu zdrowia zesłańców. Pojawiły się w rezultacie choroby epidemiczne: schorzenia skórne i pokarmowe, a przede wszystkim tyfus plamisty. Choroby, niedożywienie i wyniszczająca praca wpływały na śmiertelność wśród deportowanych. Do połowy 1941 r. według niepełnych danych zmarło 10557 "osadników" (urodziło się w tym czasie 2694 dzieci) oraz 1762 "bieżeńców" (urodziło się 1517).

Normatywna wielkość specjalnych osiedli wynosiła 500-2500 mieszkańców. Przeważały osady stosunkowo małe, liczące po kilka baraków, choć zdarzały się istniały i takie, w których było ich ponad dwadzieścia. W "spiecposiołku" znajdowały się zazwyczaj także inne budynki: przede wszystkim komendantura, gdzie mieszkał komendant NKWD z rodziną, areszt, bania czyli rosyjska łaźnia parowa, stołówka, sklepik sprzedający głównie przydziałowy chleb. W zależności od wielkości osiedla mogły się tam mieścić także piekarnia, szkoła, warsztaty, biuro oddziału przedsiębiorstwa leśnego, stajnia lub garaż, punkt medyczny oraz domy miejscowej ludności, pracującej w obsłudze osady.

Zesłańców lokowano najczęściej w barakach składających się z jednego lub paru dużych pomieszczeń, rzadziej w budynkach podzielonych na odrębne izby. W niektórych osiedlach na zesłańców czekały domki składające się z jednej lub dwóch izb mieszkalnych. Budynki wznoszono z drewna, zazwyczaj sosnowego, a ich konstrukcja była wręcz prymitywna: okorowane pnie łączono na zrąb, całość przykrywano dwuspadowym dachem podbitym deskami, a wewnątrz stawiano z desek lub cieńszych bierwion ściany działowe. Szpary wypełnione były przeważnie mchem, który będąc niezłym materiałem izolacyjnym, stawał się jednak równocześnie dogodnym miejscem dla nieprzeliczonych pluskiew będących zmorą mieszkańców. W barakach składających się z dużych sal zbiorowych z reguły na stałe montowane były prycze z nieheblowanych desek, zazwyczaj dwupoziome. W dużej mierze od pomysłowości zesłańców zależało, czy byli w stanie wydzielić sobie zasłonami z koców lub przepierzeniami z desek coś na kształt rodzinnych kajut. Do ogrzewania służył najczęściej piec umieszczony pośrodku sali lub 2 piece usytuowane na jej końcach. Pełniły one przeważnie również funkcję kuchni. Niewielka liczba miejsc do gotowania powodowała liczne konflikty, które rozwiązywano niekiedy ustalając harmonogram korzystania z paleniska. Nie lepsze były warunki w barakach podzielonych na mniejsze pomieszczenia. Teoretycznie jedna izba powinna tam przypaść jednej rodzinie, jednak w rzeczywistości umieszczano razem nawet 2-3 rodziny liczące w sumie 8-9 osób. Także w tym wypadku smutna koniecznością było korzystanie z wspólnych kuchni. Nieco lepiej bywało tam, gdzie zesłańców rozmieszczono w domkach po przesiedlonych w pierwszej połowie lat trzydziestych "kułakach". Domki te składały się z izby mieszkalnej, kuchni, komórki, obórki na krowę i szopy na drewno opałowe. Lokowano tam jedną większą rodzinę lub dwie mniejsze.

Wyposażenie zesłańczych kwater było niezwykle ubogie. Jedna z kobiet wywieziona do obwodu swierdłowskiego wspominała: "W jednej izbie umieszczono po 4 rodziny. Dostaliśmy po jednym łóżku na 2 osoby, jeden stół na każdą izbę i jedno krzesło na rodzinę. Żywność trzymać musieliśmy w skrzyniach własnego pomysłu". Zbyt mała liczba miejsc do spania była zjawiskiem częstym: część zesłańców musiała sypiać na podłodze lub we dwie, a nawet trzy osoby na jednym posłaniu. Pościeli nie wydawano i każda rodzina dysponowała jedynie tą, którą udało jej się zabrać z domu.

Kwatery zesłańców z reguły pozbawione były bieżącej wody, a to nie tylko decydowało o wygodzie życia, ale przede wszystkim determinowało sytuacje sanitarną, sprzyjając rozwojowi chorób, zwłaszcza układu pokarmowego. Wodę czerpano najczęściej z pobliskich rzek, potoków lub jezior, rzadziej ze studni. Było to niezwykle uciążliwe, szczególnie zimą, tym bardziej że spadało zazwyczaj na barki niepracujących, a więc dzieci, starców i kobiet. Baraki nie miały też toalet. Zazwyczaj latryny sytuowano nieopodal, niekiedy ograniczając się do umieszczenia deski i żerdzi nad dołem kloacznym. Zwłaszcza w porze letniej urządzenia te stawały się kolejnym rozsadnikiem zarazków chorobotwórczych. Olbrzymim problemem, zwłaszcza w zimie, był też brak oświetlenia. W niektórych osiedlach wydawano wprawdzie zesłańcom lampy naftowe, ale przydział paliwa do nich nie starczał na długo. Do zupełnej rzadkości należały świece. Tam, gdzie istniał dostęp do nafty, sporządzano domowym sposobem kaganek naftowy z butelki, bądź z puszki po konserwach, do których wsadzano prymitywny knot ze sznurka lub szmatki. Dawały one jednak bardzo słabe światło, wydzielały zaś wiele sadzy. W leśnych osadach jako źródła światła używano niekiedy zrobionych własnoręcznie łuczyw z drewna sosnowego. Stwarzało to jednak w drewnianym baraku poważne zagrożenie pożarowe.